W 2014 roku Ludmiła Hussejnowa pracowała jako inżynier BHP w Nowoazowsku w obwodzie donieckim. Od początku wojny pomagała uchodźcom wewnętrznym. Pod koniec lata miasto zostało okupowane.
Ludmiła została w domu i nadal pomagała — w szczególności sierocińcowi w Prymorskim: przywoziła z terytoriów kontrolowanych przez Ukrainę obuwie, odzież i ukraińskie książki.
W 2019 roku została aresztowana. Spędziła w uwięzieniu trzy lata i trzynaście dni.
Dziś Ludmiła broni praw ukraińskich cywilnych jeńców i pomaga tym, którzy wrócili do domu.
Rozmowa została nagrana podczas konferencji dla kobiet „Wolna w swojej głowie” w Ukraińskim Baptystycznym Seminarium Teologicznym (UBTS) we Lwowie.

Pani Ludmiło, jaki był dla pani rok 2014? Czy poczuła pani wtedy, że pani życie zmienia się na zawsze?
Wtedy te wydarzenia odczuwało się inaczej niż dzisiaj. Na początku rosyjskiej inwazji w naszym Nowoazowsku było dość spokojnie. Nad budynkami administracyjnymi powiewały ukraińskie flagi, ale do nas zaczęli już przyjeżdżać uchodźcy z Doniecka, Makiejewki, Jasynuwatej i innych miast obwodu. Staraliśmy się ich zakwaterować, pomóc.
Dzień, w którym nad Nowoazowskiem rozpoczęły się pierwsze ostrzały, zapamiętałam na całe życie. Wjechał rosyjski sprzęt — czołgi, ciężki pancerz. Zaczęły się zatrzymania cywilów. Pamiętam, jak zatrzymali deputowanego Wasyla Kowalenkę. Był torturowany — ciała do tej pory nie odnaleziono. Pamiętam, jak zabili naszego przyjaciela Wadyma Łohowa, kierownika służby podatkowej rejonu nowoazowskiego, bo odmówił oddania kluczy do bazy.
Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Codziennie pojawiało się pytanie — wyjeżdżać czy zostać.
Pamiętam, jak po raz pierwszy dowiedziałam się o dzieciach z internatu, które znalazły się w okupowanej wiosce Prymorske. Nikt wtedy nie myślał o ich ewakuacji. Zostały umieszczone w rodzinach, które nie mogły ich utrzymać — i dzieci głodowały.
Moja przyjaciółka, dziennikarka Ola Musafirowa, zdołała wyjechać z okupacji tuż przed 2015 rokiem niemal partyzanckimi drogami. Umówiłyśmy się, że ona będzie zbierać rzeczy dla tych dzieci i przekazywać je do Mariupola, który był wtedy jeszcze pod kontrolą Ukrainy. Ja natomiast przeprawiałam tę pomoc przez linię rozgraniczenia.
W pewnym stopniu przed wyjazdem powstrzymywały nas te dzieci. Tak wytrwaliśmy do 2019 roku.

Jak wyglądało życie w okupowanym mieście? Czy było poczucie, że brak wolności narasta?
Tak, bez wątpienia. Jeszcze przed okupacją miałam aktywną postawę obywatelską, zajmowałam się projektami dla dzieci. Wszyscy wiedzieli, że jestem nastawiona proukraińsko, więc zaczęto mnie ostrzegać przed niebezpieczeństwem.
Jesienią 2014 roku podszedł do mnie człowiek, który pracował w administracji i, niestety, został tam pracować pod rosyjską władzą. Powiedział: „Bardzo ci polecam zdjąć ukraińską flagę. Jesteś już »na celowniku«. I nie chodzi tylko o ciebie — może ucierpieć twoja rodzina”.
Zdjęliśmy flagę i powiesiliśmy ją w pokoju. To był moment uświadomienia sobie, że nie ma już wyboru.
Wracanie do tego doświadczenia i mówienie o niewoli nie jest łatwe. Dlaczego mimo wszystko decyduje się pani to robić?
W rosyjskiej niewoli przebywa obecnie ponad dwie tysiące cywilnych kobiet. Dla mnie jest to jedyna motywacja, by mówić o niewoli.
Ponad trzy lata temu odbyła się wielka wymiana kobiet. Uwolniono 108 kobiet — i ja byłam wśród nich. Uważamy ten dzień za nasze drugie urodziny i co roku składamy sobie życzenia.
Kiedy wyprowadzano mnie z celi, jeszcze nie wiedziałam, że to wymiana. Do dziś pamiętam słowa uwięzionej Oli Wereszczenko — dosłownie i z intonacją. Zapłakała i powiedziała: „Nie zapomnijcie o mnie. Błagam was — tylko nie zapomnijcie o mnie”.
Kiedy została aresztowana, jej syn miał cztery lata. Pamiętam, jak w więzieniu w nocy krzyczała, jak wołała swoje dziecko...
Kilka miesięcy po zwolnieniu miałam okazję wystąpić w ONZ. Tam opowiadałam o Oli, pokazywałam jej zdjęcie, mówiłam o tym, że jest torturowana tylko za to, że jest obywatelką Ukrainy. Nie wiem, co dokładnie zadziałało, ale po kilku miesiącach jej sprawa została ponownie rozpatrzona. Ola została skazana na 12 lat, ale z odroczeniem wykonania wyroku do pełnoletności dziecka.
To oznacza, że może być w domu z synem. Nie ma prawa wyjeżdżać z okupowanego terytorium, musi co tydzień meldować się na policji i znajduje się pod stałym nadzorem.
Dziennikarz i były więzień Stanisław Asiejew pisał, że doniecka katownia „Izolacja” to granica, po przekroczeniu której człowiek czuje się Bogiem, postępując jak diabeł. Mówił o strażnikach. Czy rozpoznaje pani to doświadczenie?
Przed aresztowaniem zdążyłam przeczytać książkę Asiejewa. Wtedy byłam jeszcze na wolności, a on już wrócił z niewoli. Czytałam i myślałam: to niemożliwe. To po prostu nie może dziać się na świecie.
I praktycznie po dwóch miesiącach sama trafiłam do „Izolacji”. To był koszmar. Wiem, że więcej takiego koszmaru nie zdołam znieść. Jeśli coś podobnego przydarzy się ponownie — nie przeżyję.
Pamiętam pierwszy wieczór „przyjęcia”... Okropnie wtedy płakałam. I w pewnym momencie dziewczyna w celi powiedziała, że jesteśmy obserwowane przez kamery wideo. Nie wiem, skąd wzięły się u mnie siły i ten wewnętrzny upór, ale powiedziała sobie, że więcej nie będę płakać.
Dotrzymałam słowa. Ale minęły już ponad trzy lata, odkąd jestem na wolności, a wciąż nie potrafię płakać. Miałam nadzieję, że kiedy wrócę i zobaczę bliskich, zapłaczę ze szczęścia. Ale tak się nie stało.
W niewoli nie dzieliłam świata na Boga i diabła. Jedyne, co było dla mnie ważne: nigdy nie stać się taką jak oni.
To dla mnie ważne, aby ci ludzie zostali ukarani, aby resztę życia spędzili w więzieniach — ale nie w katowniach. Bo inaczej przegramy. Przegramy najważniejszą bitwę — między dobrem a złem.
Śledczy, który celowo trzymał panią w celi przez całe trzy lata i nie pozwalał na przeniesienie, za każdym razem pytał: "Jeszcze nie zeszmaciałaś?". Co pomogło pani nie zatracić siebie?
Trzymano mnie w ciasnej celi razem z przestępczyniami kryminalnymi — morderczyniami, dzieciobójczyniami, z kobietą, która dopuściła się kanibalizmu, z osobami zażywającymi narkotyki i z chorymi psychicznie.
Wielokrotnie próbowano wyprowadzić mnie z równowagi, bym zaczęła mówić ich językiem. Ale ja nigdy nie używałam wulgaryzmów — i tam też tego nie zrobiłam. Śledczy również czekał, aż stanę się zła, będę przeklinać, rzucać się, płakać i skarżyć.
Kiedy przyprowadzano mnie do jego gabinetu z workiem na głowie i w kajdankach, on teatralnie wyciągał białą chusteczkę i zasłaniał sobie nos. A jeśli ktoś wchodził, mówił: "Nie podchodźcie do niej — ona śmierdzi".
Rzeczywiście wydzielałam zapach — zapach więzienia. Długo nie znikał. Ale nie stałam się taka jak ten śledczy. Przegrał. I jestem pewna, że on to sobie uświadamia.
Jakie były pani małe akty wolności wewnątrz zniewolenia?
W rzeczywistości trudno było znaleźć coś, co trzymało przy życiu w tamtych okolicznościach. Czasem pojawiało się pytanie: za co mnie to spotyka, co takiego zrobiłam w życiu?
Kilka razy leżałam tam, w strasznej, śmierdzącej celi i nie chciałam się budzić. Choć snu nie było — całodobowy hałas, krzyki, jakieś skandale, ciągle włączone światło i telewizor z rosyjskimi programami propagandowymi. Ale i tak od czasu do czasu zapadałam w półsen i myślałam: Boże, spraw, bym się już nie obudziła. A jednak wciąż się budziłam.
Widzenia były zabronione. Panowała całkowita próżnia informacyjna. Rzadko przychodził adwokat, którego wynajęła mi rodzina. Przynosił chociaż jakieś wiadomości — i to trzymało mnie przy życiu. Opowiadał o akcjach: bliscy i przyjaciele wychodzili na protesty wsparcia, pisali listy. To przywracało chęć do życia. Myślałam: skoro oni tam walczą, to ja tutaj też muszę walczyć i przeżyć.
Siostra przekazała mi małe zeszyty. Niektóre z nich przywiozłam ze sobą. W tych zeszytach codziennie coś zapisywałam — choć niemal nic się nie działo, dokumentowałam swoje życie. To również trzymało mnie w pionie.
Długo nie otwierałam tych zeszytów. Później brałam któryś z nich, zaczynałam czytać i widziałam strony, gdzie przez pięć dni widniało tylko jedno słowo: "depresja". W te dni działo się coś, czego mój mózg do dziś nie chce pamiętać.
Co w czasie uwięzienia najbardziej panią zaskoczyło w ludziach — w dobrym lub strasznym sensie? Czy w niewoli zdarzały się odruchy człowieczeństwa?
Kiedy po raz pierwszy trafiłam do celi kryminalnej, przeżyłam szok. W naszej celi była kobieta, która zabiła i zjadła swojego byłego męża. Ale miała zwyczajną, ludzką twarz. Wszyscy wokół żartowali, że po wyjściu na wolność nikt nie pójdzie z Lerą na grilla. Ten czarny humor mnie przerażał. Nie rozumiałam, jak ona może z tym wszystkim żyć i oddychać.
Myślałam, że po tej historii już nic nie zdoła mnie zszokować, ale słyszałam inne straszne opowieści.
Kiedy przebywasz w uwięzieniu przez trzy lata, nie da się ciągle milczeć i izolować. Zaczęłam z nimi rozmawiać — nie z ciekawości, ale by zrozumieć, jakie okoliczności mogą zmienić ludzi w takie potwory.
Zobaczyłam, jak niektóre z nich płaczą. Niektóre mówiły, że nie chcą już ze mną rozmawiać, bo to zmusza je do myślenia.
Z Anią, osiemnastoletnią dziewczyną, dużo rozmawiałyśmy o życiu, o tym, jak wciągnięto ją w narkotyki. Miała krótki wyrok i mam nadzieję, że się zmieniła. Inna kobieta, którą później przeniesiono do innej celi, przekazała mi gryps przez więzienną pocztę: „Dziękuję pani za wszystko. Pani miejsce nie jest tutaj”.
I jeszcze jeden dzień bardzo mnie zaskoczył. Tam, w niewoli, skończyłam 60 lat. To były najgorsze urodziny.
W celi był hałas, jak zawsze. Po prostu powiesiłam ręcznik — żeby chociaż trochę ukryć twarz. O północy nagle wyłączono telewizor. Zrobiło się bardzo cicho. Przestraszyłam się…
Ale cała cela — włączając te kobiety, które były po stronie „opołczenia” — złożyła mi życzenia urodzinowe po ukraińsku. Pomyślałam wtedy, że chyba nic w życiu nie dzieje się na próżno. Nawet to, że się tutaj znalazłam.
Bardzo chcę wierzyć, że w życiu tych kobiet po naszych rozmowach pozostał choć mały promyk światła.
Jakie było to pierwsze uczucie wolności po zwolnieniu? I jak zmieniało się z czasem?
Wymiana trwała dwie doby. To była kumulacja całego koszmaru, który spotykał nas wcześniej — bito nas, grożono nam rozstrzelaniem, nie dawano nam nawet wody.
W końcu wywieziono nas do obwodu zaporoskiego i kazano iść. Na początku było strasznie: noc, wielka kolumna, wokół wszystko zniszczone, most rozbity — szliśmy pod nim. Myśleliśmy, że to prowokacja i może zdarzyć się cokolwiek.
A potem zobaczyliśmy kolumnę rosyjskich żołnierzy idącą nam naprzeciw. Byli dobrze odżywieni, czyści, niektórzy mieli walizki na kółkach. Kiedy przechodziliśmy obok nich, nagle poczułam zapach czystego ciała — po raz pierwszy od długich lat.
A potem szłam dalej po ziemi. Widziałam niebo i swoich.
Pamiętam pierwszy łyk wody, który nam podano gdzieś po drodze. To było uczucie, jakby wysuszona na wiór ziemia w końcu została nawodniona.
Przywieziono nas do Dniepru, do szpitala. Wieczorem przyszli przyjaciele. Oddano mi już telefon, ale nie wiedziałam, co z nim zrobić — odzwyczaiłam się. Ciągle ktoś dzwonił, a ja jeszcze nie uświadamiałam sobie własnych emocji.
I dopiero gdy przyszli bliscy, gdy zaczęli mnie przytulać, zrozumiałam, że nie potrafię płakać. Jakby wewnątrz nie było jeszcze pełnej miary wolności.
Więźniowie obozów koncentracyjnych w różny sposób interpretowali swoje doświadczenia. Edith Eger pisze o poszukiwaniu sensu i wewnętrznej wolności nawet w nieludzkich warunkach. Primo Levi natomiast ostrzega przed „pocieszającymi” wyjaśnieniami i mówi o obowiązku świadczenia — szczególnie w imieniu tych, którzy nie wrócili. Czy dla pani w doświadczeniu niewoli jest sens — czy raczej obowiązek mówienia o nim?
Szukanie sensu w cierpieniu, w torturach, w znęcaniu się, w gwałtach… W tym nie ma sensu. Ale to się wydarzyło. Tego nie da się zapomnieć, pozbyć, wykreślić ze swojego życia. To się wydarzyło.
Po trzech latach niewoli nie poznałam siebie w lustrze. Wewnątrz też stałam się inna. I w tym nie chcę szukać sensu.
Ale musimy o tym mówić. To niezwykle ważne. Bo fizycznie czuję, co teraz dzieje się w tych więzieniach. W każdej chwili mogę sobie wyobrazić, co czuje tam teraz cywilna więźniarka Natalka Własowa.
Ona jest w niewoli już siedem lat. W "Izolacji", kiedy rozbolał ją ząb, poprosiła o pomoc — i po prostu spiłowali go jej pilnikiem. Skazano ją na 18 lat. Traci siły, czekając na spotkanie ze swoją córką Julią. Kiedy Natalka została aresztowana, dziecko miało cztery lata. Teraz ma jedenaście. I czy się doczeka?
Są inne kobiety. Na przykład Anhelina Dowhopoła, którą aresztowano i skazano na 12 lat. Ma 63 lata. Czy w tym wieku można wytrzymać 12 lat więzienia? Czy szuka teraz jakiegoś sensu? Ale ona się trzyma. Osoba, która niedawno wróciła i widziała ją tam, opowiadała, jak silna jest ona i jak wspiera innych — zarówno mężczyzn, jak i kobiety.
Znamy tylko pojedyncze twarze. Takich kobiet są tysiące.
Ważne jest, aby każdy, kto to czyta, znalazł dla siebie sens — walkę o ich uwolnienie. A potem pomaganie im w ponownym odnalezieniu wolności.
Rozmawiała Nadija Kałaczowa
Pełna lub częściowa publikacja tekstu bez pisemnej zgody redakcji jest zabroniona i uważana za naruszenie praw autorskich.





