Specjały

Miejsce, gdzie przy kawie i koniaku we Lwowie tworzono rewolucję. Wspomnienia lwowiaków

1926
Czas czytania: 4 min
Hero Image

05 sierpnia, 20:35

Szalonych pomysłów rodziło się tu za kawą i koniakiem, a później mogły przerodzić się w festiwal, radio czy akcję artystyczną. Opowiadamy historię „Dźygi” przez pryzmat ludzi, którzy tworzyli tu kulturalną rewolucję Lwowa.

Miasto pamięta tylko tyle, ile jesteśmy w stanie zachować. Odkąd „Dźyga” zyskała nowych właścicieli, środowisko kulturalne Lwowa ostro odczuło, że jej unikalna instytucjonalność stopniowo rozpływa się w czasie. Galeria i biznes pozostają, ale historia i duch zjednoczenia artystycznego znikają i wymagają utrwalenia, w przeciwnym razie ryzykują przemianę w mit bez materialnego podłoża. Szczególnie teraz, gdy wojna zaostrzyła poczucie kruchości tego, co kochamy. Wszystko przemija, nagle znika, a przełomowe zjawiska pozostają nieprzemyślane.

Маркіян Іващишин біля галереї "Дзиґа" у Львові, 1990-ті роки / Фото: pravda.com.ua

Dlatego właśnie u ludzi, dla których „Dźyga” znaczyła bardzo wiele – Hryćka Semenczuka, Lidy Sawczenko-Dudy, Juli Chomszyn i Włodka Kaufmana – zrodził się pomysł stworzenia żywego laboratorium archiwizacji, które przerodziło się w dwa wzajemnie uzupełniające się projekty. Podwaliny położyła inicjatywa „30 lat Dźygi we Lwowie: Archiwizacja fenomenu kulturowego”, która skupiła się na wstępnej systematyzacji materiałów.

Projekt rozpoczął się 18 lipca wydarzeniem „Fenomen Dźygi” w zakamarku Markijana Iwaszczyszyna, gdzie właściwie nagrano wspomnienia, część których została przedstawiona w tym tekście. A logicznym kontynuowaniem, mającym na celu digitalizację bazy i nagranie historii mówionej, jest projekt „Dźyga: żywy archiwum”.

Вхід у артцентр "Дзиґа" / Фото: Діана Безсмольна

„Dźyga” jako fenomen wolności

Pamięć ma swoje zapachy, dźwięki i geometrię. Dla kilku pokoleń lwowiaków pachnie kawą, koniakiem i dymem papierosowym w gabinecie, gdzie przez gęstą zasłonę dymu nie zawsze było widać jego właściciela – Markijana Iwaszczyszyna. Ma kształt okrągłego stołu na prawo od wejścia do galerii, przy którym siedział Marek. Brzmi pieśniami „Mertwyj Piewień” na „Prokidaniu” na dziedzińcu ratusza, a teraz – w zakamarku Markijana. „Dźyga” to miejsce, gdzie rodziła się nasza ukraińska tożsamość. Założone w 1993 roku, zjednoczenie artystyczne stało się jednym z pierwszych niezależnych centrów kulturalnych Ukrainy. Ale za tym oficjalnym sformułowaniem kryje się znacznie więcej.

Маркіян Іващишин / Фото: The Ukrainians
Dziennikarz i muzyk Roman Czajka opisuje atmosferę, w której rodziła się ta ekosystem: „Dźyga” ruszyła w 1993 roku. „Mertwyj Piewień” wtedy już istniał, ale my kręciliśmy się jak bezdomni, a ona stała się dla nas domem (dla mnie to wciąż drugie mieszkanie). Ale w domu musiał być tata: w kącie stał okrągły stół, zawsze było 50 gramów koniaku, fajka, i siedział Marek Iwaszczyszyn. Marek za życia zebrał bardzo fajny zespół ludzi, gdzie każdy był wolny i samodzielny. Synergia powstawała właśnie dzięki temu, że można było zebrać się w zupełnie różnych składach, aby tworzyć tu i teraz najbardziej szalone projekty”.

Czytaj też: Rozpalił wiele gwiazd. Pamięci Markijana Iwaszczyszyna

Ołes Dzyndra trafnie zauważa, że artyści wtedy wreszcie otrzymali iluzję wolności i po prostu chcieli oderwać się od radzieckiej szarości: „Tak jak u Hesse jest „Gra szklanych paciorków”, tak i chłopcy chcieli pograć. Sami wymyślali bzdury (to, co tu nazywają mitami i legendami), dawali powód do zabawy, czerpali z niej radość i zarażali nią innych. Ta gra trwała 33 lata. Włodko Kaufman bawił się, po cichu akademizował jakieś mądre słowa, prowadził badania i wymyślał temu usprawiedliwienie. Ale bawił się dla przyjemności i można mu pozazdrościć. Ale jeszcze my tutaj dzięki Jarosławowi Ruszczyszynowi i Markijanowi Iwaszczyszynowi, którzy nie byli artystami, ale generatorami tych inicjatyw. Bo bez wiary w to, że wszystko na pewno się uda, żaden z artystów by się nie podjął, mieliśmy złe doświadczenia”.

Poligon kulturowy: od „Wywychu” do Szkoły Performansu

Pierwszym wielkim wybuchem, który położył fundament pod tę wolność, był festiwal „Wywych” (1990, 1992 lata). Kulturoznawca Zenowiusz Mazuryk uważa, że właśnie drugi „Wywych” nadał potężny impuls do stworzenia „Dźygi”, jednocząc teatry Kursa, „Woskresinnia” i wielu innych ludzi.

„Wywych” – to było niesamowite! Włodko Kaufman chce trochę umniejszyć swoją rolę, ale „Wywychu” by nie było, gdyby oni z Jurkiem Kochem nie stworzyli fenomenalnej wizjonerskiej oprawy wizualnej, która była już rewolucją we Lwowie, gdzie wszędzie był „sowek”. Ale to, co później z łatwością rodziło się w „Dźydze” przy jednej kawie czy koniaczku, mnożyło przez zero wszystko, co rodziło się w czasach „sowka” przez 30-40 lat, – mówi Roman Czajka, który bezapelacyjnie nazywa ten festiwal pierwszym aktem rewolucji mentalnej. – „Wywych” był próbą odłączenia Lwowa od ragulizmu i sowka jednocześnie. Kiedy „Wywych” odbył się dwukrotnie, święcie uwierzyliśmy, że już wszystko, powrót jest niemożliwy. Ale chodząc dziś po rosyjskojęzycznym Lwowie, rozumiem, że ragulizm i inne rzeczy są dziedziczone genetycznie. Bo ich nosicielami są ludzie, którzy nie wiedzą, jak Chruszczow ukradł lody amerykańskie, co to jest „sowek” i kolejki po śmietanę w sklepie, gdzie jest tylko morska kapusta”.
Відвідувачі фестивалю "Вивих" / Фото: Любомир Петренко

„Dzyga” była magnesem dla idei, które powstawały spontanicznie, dosłownie z powietrza. A Marek – centrum ciężkości, do którego szły rzesze ludzi: od muzyków po posłów. Wszystko natychmiast przechodziło od słów do czynów.

„Pewnego razu Marek na biegu wymyślił stację radiową. Zaproponował odebranie za pieniądze jednej z dwóch częstotliwości od rosyjskojęzycznych, bo oni kochają pieniądze. Wyobrażasz sobie? Przełom lat 90., a człowiek mówi – zrobimy radio, jeszcze do tego nie „ragulskie”! ...Tak powstało radio „Inicjatywa”, które tworzono w czasach przedcyfrowych i przed-youtubowych – kontynuuje Roman Chajka, który był prowadzącym „Inicjatywy”. – Wydania wiadomości przychodziły faksem… do toalety na Syhów. Ale to było radio, gdzie wszyscy mieli własne programy. Kiedy Jurko Izdryk dostał od Jurija Andruchowycza magazyn „Czetwer”, Marek od razu zaproponował robienie go w „Dzydze” i równolegle uruchomienie radiowej audycji o tej samej nazwie. Główną zasadą wtedy była wolność tworzenia”.

Tak samo łatwo rodziły się inne legendarne projekty. Kiedy zespół „Mertwy piewień” potrzebował okładki do albumu „Szabadabada”, na którym znalazła się piosenka „Stary Harley” (parodia „Starego tramwaju” „Pikardyjców”), Włodko Kaufman przy kawie narysował koguta na „Harleyu” po prostu na serwetce kolorowymi długopisami w ciągu kilku minut.

A kiedy pojawiła się idea akcji „Słuchaj ukraińskiego” w klubie „Lalka”, Serhij Proskurnia zaproponował przeniesienie festiwalu na ulicę. Głośne koncerty „Wija”, „Komu Wniz”, „TNMK” i „Tartaka” grali w maleńkim klubie na 100 osób, a tysiące ludzi oglądały transmisję na żywo na dużych ekranach przed Teatrem Lalek.

„Dzyga” dawała nie tylko scenę muzykom i przestrzeń literaturoznawcom, stała się ratunkiem dla współczesnej sztuki wizualnej. Artysta Mychajło Barabasz opisuje tamte czasy jako pustkę, gdy absolwentom Akademii Sztuk po prostu nie było dokąd pójść.

„Dziś młodzi ludzie mają bardzo wiele takich miejsc – centrów sztuki w całej kraju, instytucji prywatnych... Kiedy kończyłem studia w 2005 roku, tego jeszcze nie było, niestety. Właśnie „Dzyga” dała mi możliwość dalszego tworzenia po akademii. Markijan, oczywiście, był tym motorem, który tu kierował, ale wśród artystów, którzy interesowali się sztuką wizualną, Kaufman był bardziej słyszalny. A z Markijanem poznałem się później, już kiedy z Mirosławem Wajdą, Ołeksijem Horoszką, Serhijem Petlukiem stworzyliśmy grupę „KOMA”, to był gdzieś rok 2007. Ja z żoną Teresą, naszą organizacją i studentami LNAМ katedry współczesnych praktyk artystycznych nadal robimy wystawy w „Dzydze”. Żałuję, że nie wziąłem dziś koszulek z festiwalu Fort.Missia z napisem „Nie strzelaj w plecy – jestem artystą”, takie rozdawano artystom, którzy pracowali wtedy nad obiektami. Zakładam ją ciągle podczas montażu”.
Fotografka i dziennikarka Audri Stachiw również wspomina Fort.Missia: „To było niezwykłe wykorzystanie przestrzeni – fortów z pierwszej wojny światowej, które były różnie zagospodarowywane, tworzono instalacje. Ale za każdym razem, gdy przychodziłeś, zagłębiałeś się, zawieszałeś, oglądałeś, coś odczytywałeś, ale głównie szukałeś własnej interpretacji. I w tym jest wielka zaleta wszystkiego, co robiła „Dzyga”: za każdym razem dawała możliwość odbierania wszystkiego po swojemu, a nie otrzymywania wpojonej myśli”.

Dla wielu młodych artystów „Dzyga” była przestrzenią, gdzie można było ryzykować. Artystka Jarina Szumska wspomina, jak wykładowcy na Akademii Sztuk zakazywali performansów, odsyłając „robić to gdzie indziej”.

„Dzyga” była pierwszym miejscem, gdzie przychodziłam na spotkania z artystami. To właśnie tutaj zaczęła się inspiracja, która w 2018 roku doprowadziła do otwarcia katedry współczesnych praktyk artystycznych w LNAМ. Moja historia z performansem zaczęła się w 2009 roku na Dniach Sztuki Performance we Lwowie, zainicjowanych przez Jurija Onucha, który wtedy był dyrektorem Instytutu Polskiego w Kijowie. Dzięki Dniom przyjeżdżali tu uczyć się ludzie z całej Ukrainy. A my potem jeździliśmy reprezentować kraj za granicę, między innymi do Polski i Tel Awiwu. „Dzyga” była miejscem wolności, tutaj zawsze była wsparcie. Jeśli zdarzała się porażka, nie przekreślano cię, a mówiono: „Próbuj jeszcze”. Dużo wolontariatu tu robiłam i nigdy nie myślałam o pieniądzach. Robiono wszystko od serca, dlatego było takie żywe”.

Estetyczny opór i państwowość: sztuka jako broń

Kultura i polityka w „Dzydze” zawsze szły w parze, ale była to polityka wartości. Pod koniec lat 80. XX wieku, jak wspomina psychoterapeuta Roman Keczur, dominowała kultura chłopska, a proukraińska młodzież dopiero zaczynała testować granice.

„Nosiliśmy dżinsy z wyszywankami i gorąco dyskutowaliśmy, czy w ogóle możliwy jest rock po ukraińsku. Więc „Dzyga”, tak jak w swoim czasie Bratnia Młodzież Akademicka czy Towarzystwo Lwa, należała właśnie do polityki romantycznej, gdzie wszystko robiono dla wielkich idei i bez osobistych interesów. Jednak polityka romantyczna zawsze przegrywa z pragmatyczną. Ludzie w „Dzydze” absolutnie nie potrafili gromadzić pieniędzy. Jak wspominał administrator Serhij „Broda” Kałeniuk, mój kuzyn i przyjaciel, ledwie u Marka pojawiały się choćby „dziesięć kopiejek”, były one natychmiast wydawane na finansowanie projektów kulturalnych. To inny światopogląd i inne systemy motywacji – wolność i twórczość, a nie kontrola, pieniądze, dominacja czy władza”.

Pisarka i dziennikarka Oksana Forostyna (rzeczniczka prasowa MA „Dzyga” w latach 1998–2002) podkreśla, że opór zaczynał się od estetyki, która później przerodziła się w otwartą pozycję polityczną.

„Mój przyjaciel Jewhen Hlibowycki kiedyś słusznie zauważył, że „Dzyga” i Marek po prostu nie pozwolili Lwówowi zamienić się w wieś. To zaczynało się jako estetyczny opór, który naturalnie przekształcił się w polityczny około 2000 roku. Pierwszym wspólnym działaniem była akcja w obronie gazety „Ekspres”, którą wspierał Heorhij Honhadze. Wtedy Włodko Kaufman założył kajdany na lwowskie pomniki Szewczenki i Franki. Wybuchł niesamowity skandal, ponieważ odważyliśmy się dotknąć świętości, ale właśnie to utrwaliło zrośnięcie estetycznego i politycznego protestu”.

Odpowiedzialność za tych, którzy byli obok, stała się kluczową cechą tego środowiska. Alina Nebelmes, która przez długi czas pracowała jako dziennikarka we lwowskich mediach, dzieli się wspomnieniami o pierwszych studenckich protestach: „W 2001 roku my, lwowscy studenci, jeździliśmy do Kijowa na akcję „Ukraina bez Kuczmy”. Kiedy wieczorem czekaliśmy na pociąg do Lwowa, ostrzeżono nas, abyśmy zdjęli znaki rozpoznawcze i milczeli, ponieważ nasz ukraiński język od razu zdradzał, skąd jesteśmy. Pamięć utrwaliła, jak Marek zabrał naszą grupę do najbliższego „Mcdonald’s”, żebyśmy nie marzli na peronie, a potem posadził do pociągu. Stał przy śmietniku na peronie i obserwował. Dopiero teraz rozumiem, jaką odpowiedzialność wtedy czuł”.

Cały ten ruch wymagał ogromnych zasobów, a najostrzejszym starciem z systemem była walka o wolną prasę. Jarosław Ruszczyszyn i Markijan Iwaszczycyn stworzyli „Lwowską Gazetę” – najbardziej deficytowy projekt, który wyczerpywał biznes, ale zachował niezależne dziennikarstwo. Pierwszy redaktor gazety Oleg Onysko wspomina szaleńczy nacisk represyjnej machiny władzy za Kuczmy.

„Kiedy lwowscy przedsiębiorcy skarżyli się na naciski ze strony podatkowców (lwowską skarbówkę prowadził wtedy brat Wiktora Medwedczuka), wyważenie przedstawialiśmy te konflikty. W przeciwnym razie nie byłoby fenomenu naszego wydawnictwa. Ale z tego powodu pojawiały się straszne problemy: Marka aresztowano, do fabryki Sławka wpadli uzbrojeni po zęby. Ale oni dzielnie wytrzymali i ani razu nie poprosili o napisanie czegoś „łagodniej” lub pójście na kompromis, – mówi. – Kiedy nękano „Lwowską Gazetę”, najbliższy współpracownik Medwedczuka Taras Kozak pijany strzelał z pistoletu w „Wiedeńskiej Kawiarni”. My, mając codzienną gazetę, wiedzieliśmy o tym, ale nie mogliśmy tego wydrukować, bo po prostu zakopano by nas w ziemi. Więc zrzuciliśmy tę informację polskim kolegom z Rzeczpospolitej, potem przedrukowaliśmy ich materiał – i mimo to przegraliśmy sprawę we Lwowie, bo nasz tłumaczenie nie było notarialnie potwierdzone. Dziś takiej dzikiej sytuacji nawet nie da się sobie wyobrazić”.

Tworzenie projektów kulturalnych i politycznych bez dialogu z lokalną władzą było trudne. Włodko Kaufman bez ogródek wspomina te relacje: „Kiedyś do rady obwodowej można było spokojnie wejść bez żadnych przepustek… Podczas „Wywróceń” władza pomagała załatwiać różne sprawy. Wtedy dawano nam czynsz za symboliczną hrywnę, potem z jakiegoś powodu wzrosła ona do niezwykłych sum i władza dziwiła się, dlaczego tak drogo płacimy. Wtedy kulturę uważano za coś świętego, nie to, co teraz – widzimy tego wyniki. Dopóki władza nie uświadomi sobie znaczenia kultury, dopóty u nas jej nie będzie”.

Kulturoznawca Zenowij Mazuryk był tym pomostem, który często łączył gabinety urzędnicze z bohemicznym środowiskiem: „Dziś widziałem, jak do archiwum zdawano materiały o Jazz Bez. Otóż, pierwszy raz Marek przyszedł do mnie do gabinetu i powiedział: „Ratujcie, bo nie będzie Jazz Bez, nie ma komu pomóc”. Wtedy po raz pierwszy otrzymał niewiele środków budżetowych, festiwal się utrzymał… W tamtych czasach władza nie chciała dawać możliwości rozwijania się prywatnym inicjatywom kulturalnym, które działały niezależnie. A powinna zrozumieć, że takie instytucje pełnią funkcje, które są poza zasięgiem państwowych muzeów czy teatrów”.

Iwaszczycyn doskonale umiał komunikować się z każdym. Jak wspomina Roman Keczur, Marek mógł powiedzieć urzędnikowi: „Myślisz, że na spowiedzi będziesz żałować za kłótnię z żoną? Nie, będziesz żałować, że nie dałeś pieniędzy na kulturę!”. Ciągle powtarzał, że jego pokolenie to „przefermentowana gleba”, która ma stworzyć grunt pod kulturowy przełom przyszłych pokoleń”.

Ściany, które słyszały wszystko: żywa pamięć społeczności

Gdyby ściany galerii i kawiarni mogły mówić, opowiedziałyby tysiące historii. Dla poetki Olenki Pawłowej „Dzyga” zawsze była magnesem, szczególnie podczas Targów Wydawców: „Mam wymarzony reportaż, którego nigdy nie napisałam: zrobić materiał o Targach Wydawców, nie wychodząc z „Dzygi”, bo tu zbierali się wszyscy. To były te Targi w najlepszych czasach, kiedy przychodziłeś tutaj i piłeś piwo z Lyhym, Neborakiem, Midianką. Serhij Żadan opowiadał, jak z okna na drugim piętrze, tuż nad wejściem, oni z Miskem Barbarą czytali wiersze. Gdzieś na YouTube mam filmik spod „Dzygi”, gdzie siedzimy przy stole Marka. Targi, wieczór, Taras Prochasko i Andrij Lubka śpiewają „Czorty my lisovi”, jak w Paryżu biegają szczury – i to jest po prostu piękne: wszystko jest poetyckie, szalone, cudowne! A tu jakieś babcie wzywają policję. Uderzyło mnie to: tutaj dzieje się historia ukraińskiej kultury, zebrali się najlepsi ukraińscy artyści, śpiewają piosenki, a wy wzywacie policję?”.

Dla ludzi, którzy pracowali w „Dzygi”, nigdy nie było to tylko miejsce pracy. Żeka Czernow, który przyszedł tam pod koniec lat 90., opisuje zjednoczenie artystyczne jako „cząsteczkę organizacyjną”: „Zachowały mi się wizytówki z „Dzygi”. Tylko dwie osoby nie miały podanych stanowisk, a po prostu „Dzyga”, imię i nazwisko – Marek i ja. Dziś nazwaliby to producentem lub menedżerem projektów, a wtedy byliśmy ludźmi, którzy robią wszystko... Dla mnie „Dzyga” była najlepszym miejscem pobytu, które później stało się rodziną. Praca wymaga planu na zarabianie pieniędzy, którego wtedy nie miałem, ale od tego wszystko wychodziło tylko lepiej. Po raz pierwszy zobaczyłem miejsce, gdzie można było połączyć własną „głupotę” z głupotą takich samych, a nawet lepszych ode mnie ludzi”.

Jarina Melnyk, która pracowała jako administratorka od 2014 roku, zastała zarówno starą galerię, jak i przebudowaną przestrzeń: „Kiedy zrobiono remont i na drugim piętrze pojawiły się sale, przez pierwszy rok nie mogłam tego zaakceptować – wydawało się, że kameralna „Dzyga” się skończyła. Ale ten parapet na drugim piętrze stał się dla mnie miejscem spokoju. Spotykaliśmy tam niezliczone wschody słońca po festiwalach, słuchając ciszy nad Ormiańską... Kiedyś krążył żart, że „Dzyga” potrafi zorganizować dowolny festiwal w ciągu doby ze wszystkim: reklamą, gośćmi, kuchnią polową. I ten duch zespołowy zadziwiał. Nikt nie narzekał, nie pytał „dlaczego” lub „po co”. Jest projekt – robimy”.

Witalij Grabarc, pracując jako fotoreporter, przekształcił ściany galerii w analog nieistniejących jeszcze sieci społecznościowych: „Pamiętam czasy kontroli podatkowych. Pracowałem wtedy jako fotoedytor w „Lwowskiej Gazecie” i proszono nas o znalezienie w archiwum zdjęć z koncertów, aby sprawdzić obecność banerów sponsorów. Boże, co to były za czasy! A potem miałem w „Dzygi” wystawę stałą: zdjęcia z koncertów w „Lalce” i wokół niej. To bardzo wygodne: gdy na ścianach pojawiało się wolne miejsce lub trzeba było zakryć jakieś dziury lub plamy, zdjęcia doskonale sobie z tym radziły... Nie było wtedy jeszcze sieci społecznościowych, więc zbieranie takich żywych opinii było znacznie ciekawsze. A właśnie koło „Dzygi” w 2003 roku poznałem moją przyszłą żonę”.

Jarina Jakubiak z „Mertwego Pownia” podkreśla nienaruszalność sakralnego statusu tej lokalizacji: „Kiedy „Dzyga” przyjechała na Ormiańską, stała się swoistym miejscem mocy. Zawsze można było tu przyjść, spotkać tych samych ludzi, z którymi można było się poradzić, porozmawiać, popłakać się... Tutaj po koniakach z kawą rodziły się szalone pomysły, które przy pierwszym koniaku wydawały się absolutnie utopijne, a przy ostatnim podpisywaliśmy już kontrakty... Istnieją miejsca na świecie, które nie podlegają żadnym zmianom. To miejsce jest święte dla wielu ludzi i to nie przesada. Między innymi dla młodzieży, która przychodzi teraz na nasze koncerty – ona też to rozumie, czuje”.

Archiwum i pamięć: zachować, aby ruszyć dalej

Kierowniczka Instytutu Strategii Kultury Julja Chmczyn opowiada, że pomysł archiwizacji zrodził się podczas składania wniosku Lwowa o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (ESK):

„Wtedy okazało się, że potrzeba nowych podejść do archiwizacji istnieje w wielu środowiskach. Tak w aplikacji pojawił się program „Aktywne pamiętanie”, częścią którego stał się pomysł archiwum „Dzygi”. I chociaż Lwów nie zdołał zdobyć tytułu ESK, prace nad wnioskiem przerodziły się w miejski program „Odpowiedzialność bycia”.

Zachowanie trzydziestoletniego dziedzictwa legendarnej „Dzygi” okazało się zadaniem na tyle ogromnym, że zostało ono organicznie podzielone na dwa wzajemnie uzupełniające się etapy. Fundament położył projekt „30 lat „Dzygi” we Lwowie: Archiwizacja fenomenu kulturowego” (Stowarzyszenie „Ormiańska 35” z Instytutem Strategii Kultury i centrum artystycznym „Dzyga” przy wsparciu Goethe-Institut Ukraine), który skupił się na pierwotnej systematyzacji artefaktów.

Jego logiczną kontynuacją, mającą na celu przekształcenie tych prac w publiczny format cyfrowy i uzupełnienie ich metodologią historii mówionej, stał się projekt „Dzyga: żywe archiwum”, który wciela w życie Rada Artystyczna „Dialog” we współpracy z Fundacją „Ormiańska 35”, „Post Bellum-Ukraina” i „DzygaArt” przy wsparciu Ukraińskiego Funduszu Kultury i Rady Miejskiej Lwowa. Dwie inicjatywy działają jak jeden mechanizm: pierwsza zgromadziła bazę materialną, a druga – digitalizuje ją i „ożywia” głosami twórców.

Yulia Khomchyn wyjaśnia: „Ponieważ w Ukrainie brakuje doświadczenia w tworzeniu miejskich archiwów kulturalnych, poszliśmy drogą eksperymentu: zgromadziliśmy osoby związane z „Dzyga” w symbolicznym miejscu – zaułku Marka. 18 lipca zrobiliśmy pierwszy krok, a teraz pracujemy nad cyfrową platformą dla archiwum, opracowujemy jej strukturę i narzędzia do wypełniania”.

Yulia mówi, że „Dzyga” to wielka część jej życia i tego, kim jest teraz: „Trafiłam tam jeszcze jako studentka, zaczynałam jako wolontariuszka na Forum Wydawców. Po studiach Marek zaproponował mi pracę – i tak pracowałam w „Dzyga” przez około 15 lat. Zajmowałam się zarządzaniem projektami artystycznymi, fundraisingiem, rozwojem partnerstw i komunikacją. Przez 15 lat organizowałam międzynarodowy festiwal Jazz Bez, „Flugery Lwowa” i wiele innych projektów”.

Rozmówczyni twierdzi, że bardzo trudno zrezygnować z tego, co ją ukształtowało: „Głęboko wierzę w wartości, które przyświecają tym projektom. Nie wiem, jak można zatrzymać Jazz Bez, który istnieje już 25 lat. Przypominam sobie rok 2014, kiedy Marek powiedział: „Zawitamy z Jazz Bez do Słowiańska, Drużkiwki i Kramatorska. Ponieważ trzeba. Ponieważ jazz spaja kraj i tworzy przestrzeń do dialogu i porozumienia między nami wszystkimi”. „Dzyga” stworzyła fundament dla powstania tak potężnych organizacji jak Fundacja „Ormiańska 35”, Instytut Sztuki Współczesnej i Rada Artystyczna „Dialog”, które kontynuują tę misję. Dlatego ja robię to dalej”.

Do archiwizacji Yulia przyniosła swój identyfikator z Sewastopola. Kiedyś na zaproszenie lokalnych aktywistów wraz z Vladem Troitskim, Sviatoslavem Pomerantsevym, Yurko Vovkogonem i innymi działaczami kultury jeździli tam, aby opracować koncepcję rewitalizacji twierdzy Pietropawłowskiej i planowali tam festiwal.

Uruchomienie platformy cyfrowej w ramach projektu „Dzyga: żywe archiwum” zaplanowano na wrzesień 2026 roku. Do tego czasu zespół projektu zaprasza wszystkich, którzy przechowują fotografie, plakaty, afisze, programy, nagrania wideo, audio lub inne materiały związane z „Dzyga”, do współtworzenia żywego archiwum. Historia tego miejsca to bowiem historia nie tylko jednej instytucji, ale tysięcy ludzi, którzy tworzyli kulturę niepodległej Ukrainy, a ta pamięć zasługuje na zachowanie dla przyszłych pokoleń. Osoba kontaktowa ds. komunikacji projektu: Olesya Levytska, [email protected].

 Pełne lub częściowe przedruki tekstu bez pisemnej zgody redakcji są zabronione i uważane za naruszenie praw autorskich.

Subskrybuj nasze media społecznościowe

Bądź na bieżąco z najnowszymi wiadomościami i ekskluzywnymi treściami. Śledź nas w mediach społecznościowych.

Powiązane wiadomości

Stworzone przy wsparciu:

Robert Bosch Stiftung Logo

Opracowane:

Levprograming

W przypadku pełnego lub częściowego wykorzystania informacji, link do strony tvoemisto.tv jest obowiązkowy. Odpowiedzialność za prawdziwość faktów, cytatów, nazw własnych i innych informacji ponoszą autorzy publikacji, a w przypadku informacji reklamowych – reklamodawcy. Opinia redakcyjna może nie być zgodna z opinią autorów.

© 2026 "Twoje miasto"