Miasto pamięta tylko tyle, ile jesteśmy w stanie zachować. Odkąd „Dźyga” zyskała nowych właścicieli, środowisko kulturalne Lwowa ostro odczuło, że jej unikalna instytucjonalność stopniowo rozpływa się w czasie. Galeria i biznes pozostają, ale historia i duch zjednoczenia artystycznego znikają i wymagają utrwalenia, w przeciwnym razie ryzykują przemianę w mit bez materialnego podłoża. Szczególnie teraz, gdy wojna zaostrzyła poczucie kruchości tego, co kochamy. Wszystko przemija, nagle znika, a przełomowe zjawiska pozostają nieprzemyślane.

Dlatego właśnie u ludzi, dla których „Dźyga” znaczyła bardzo wiele – Hryćka Semenczuka, Lidy Sawczenko-Dudy, Juli Chomszyn i Włodka Kaufmana – zrodził się pomysł stworzenia żywego laboratorium archiwizacji, które przerodziło się w dwa wzajemnie uzupełniające się projekty. Podwaliny położyła inicjatywa „30 lat Dźygi we Lwowie: Archiwizacja fenomenu kulturowego”, która skupiła się na wstępnej systematyzacji materiałów.
Projekt rozpoczął się 18 lipca wydarzeniem „Fenomen Dźygi” w zakamarku Markijana Iwaszczyszyna, gdzie właściwie nagrano wspomnienia, część których została przedstawiona w tym tekście. A logicznym kontynuowaniem, mającym na celu digitalizację bazy i nagranie historii mówionej, jest projekt „Dźyga: żywy archiwum”.

„Dźyga” jako fenomen wolności
Pamięć ma swoje zapachy, dźwięki i geometrię. Dla kilku pokoleń lwowiaków pachnie kawą, koniakiem i dymem papierosowym w gabinecie, gdzie przez gęstą zasłonę dymu nie zawsze było widać jego właściciela – Markijana Iwaszczyszyna. Ma kształt okrągłego stołu na prawo od wejścia do galerii, przy którym siedział Marek. Brzmi pieśniami „Mertwyj Piewień” na „Prokidaniu” na dziedzińcu ratusza, a teraz – w zakamarku Markijana. „Dźyga” to miejsce, gdzie rodziła się nasza ukraińska tożsamość. Założone w 1993 roku, zjednoczenie artystyczne stało się jednym z pierwszych niezależnych centrów kulturalnych Ukrainy. Ale za tym oficjalnym sformułowaniem kryje się znacznie więcej.

Czytaj też: Rozpalił wiele gwiazd. Pamięci Markijana Iwaszczyszyna
Poligon kulturowy: od „Wywychu” do Szkoły Performansu
Pierwszym wielkim wybuchem, który położył fundament pod tę wolność, był festiwal „Wywych” (1990, 1992 lata). Kulturoznawca Zenowiusz Mazuryk uważa, że właśnie drugi „Wywych” nadał potężny impuls do stworzenia „Dźygi”, jednocząc teatry Kursa, „Woskresinnia” i wielu innych ludzi.

„Dzyga” była magnesem dla idei, które powstawały spontanicznie, dosłownie z powietrza. A Marek – centrum ciężkości, do którego szły rzesze ludzi: od muzyków po posłów. Wszystko natychmiast przechodziło od słów do czynów.
Tak samo łatwo rodziły się inne legendarne projekty. Kiedy zespół „Mertwy piewień” potrzebował okładki do albumu „Szabadabada”, na którym znalazła się piosenka „Stary Harley” (parodia „Starego tramwaju” „Pikardyjców”), Włodko Kaufman przy kawie narysował koguta na „Harleyu” po prostu na serwetce kolorowymi długopisami w ciągu kilku minut.
A kiedy pojawiła się idea akcji „Słuchaj ukraińskiego” w klubie „Lalka”, Serhij Proskurnia zaproponował przeniesienie festiwalu na ulicę. Głośne koncerty „Wija”, „Komu Wniz”, „TNMK” i „Tartaka” grali w maleńkim klubie na 100 osób, a tysiące ludzi oglądały transmisję na żywo na dużych ekranach przed Teatrem Lalek.
„Dzyga” dawała nie tylko scenę muzykom i przestrzeń literaturoznawcom, stała się ratunkiem dla współczesnej sztuki wizualnej. Artysta Mychajło Barabasz opisuje tamte czasy jako pustkę, gdy absolwentom Akademii Sztuk po prostu nie było dokąd pójść.
Dla wielu młodych artystów „Dzyga” była przestrzenią, gdzie można było ryzykować. Artystka Jarina Szumska wspomina, jak wykładowcy na Akademii Sztuk zakazywali performansów, odsyłając „robić to gdzie indziej”.
Estetyczny opór i państwowość: sztuka jako broń
Kultura i polityka w „Dzydze” zawsze szły w parze, ale była to polityka wartości. Pod koniec lat 80. XX wieku, jak wspomina psychoterapeuta Roman Keczur, dominowała kultura chłopska, a proukraińska młodzież dopiero zaczynała testować granice.
Pisarka i dziennikarka Oksana Forostyna (rzeczniczka prasowa MA „Dzyga” w latach 1998–2002) podkreśla, że opór zaczynał się od estetyki, która później przerodziła się w otwartą pozycję polityczną.
Odpowiedzialność za tych, którzy byli obok, stała się kluczową cechą tego środowiska. Alina Nebelmes, która przez długi czas pracowała jako dziennikarka we lwowskich mediach, dzieli się wspomnieniami o pierwszych studenckich protestach: „W 2001 roku my, lwowscy studenci, jeździliśmy do Kijowa na akcję „Ukraina bez Kuczmy”. Kiedy wieczorem czekaliśmy na pociąg do Lwowa, ostrzeżono nas, abyśmy zdjęli znaki rozpoznawcze i milczeli, ponieważ nasz ukraiński język od razu zdradzał, skąd jesteśmy. Pamięć utrwaliła, jak Marek zabrał naszą grupę do najbliższego „Mcdonald’s”, żebyśmy nie marzli na peronie, a potem posadził do pociągu. Stał przy śmietniku na peronie i obserwował. Dopiero teraz rozumiem, jaką odpowiedzialność wtedy czuł”.
Cały ten ruch wymagał ogromnych zasobów, a najostrzejszym starciem z systemem była walka o wolną prasę. Jarosław Ruszczyszyn i Markijan Iwaszczycyn stworzyli „Lwowską Gazetę” – najbardziej deficytowy projekt, który wyczerpywał biznes, ale zachował niezależne dziennikarstwo. Pierwszy redaktor gazety Oleg Onysko wspomina szaleńczy nacisk represyjnej machiny władzy za Kuczmy.
„Kiedy lwowscy przedsiębiorcy skarżyli się na naciski ze strony podatkowców (lwowską skarbówkę prowadził wtedy brat Wiktora Medwedczuka), wyważenie przedstawialiśmy te konflikty. W przeciwnym razie nie byłoby fenomenu naszego wydawnictwa. Ale z tego powodu pojawiały się straszne problemy: Marka aresztowano, do fabryki Sławka wpadli uzbrojeni po zęby. Ale oni dzielnie wytrzymali i ani razu nie poprosili o napisanie czegoś „łagodniej” lub pójście na kompromis, – mówi. – Kiedy nękano „Lwowską Gazetę”, najbliższy współpracownik Medwedczuka Taras Kozak pijany strzelał z pistoletu w „Wiedeńskiej Kawiarni”. My, mając codzienną gazetę, wiedzieliśmy o tym, ale nie mogliśmy tego wydrukować, bo po prostu zakopano by nas w ziemi. Więc zrzuciliśmy tę informację polskim kolegom z Rzeczpospolitej, potem przedrukowaliśmy ich materiał – i mimo to przegraliśmy sprawę we Lwowie, bo nasz tłumaczenie nie było notarialnie potwierdzone. Dziś takiej dzikiej sytuacji nawet nie da się sobie wyobrazić”.
Kulturoznawca Zenowij Mazuryk był tym pomostem, który często łączył gabinety urzędnicze z bohemicznym środowiskiem: „Dziś widziałem, jak do archiwum zdawano materiały o Jazz Bez. Otóż, pierwszy raz Marek przyszedł do mnie do gabinetu i powiedział: „Ratujcie, bo nie będzie Jazz Bez, nie ma komu pomóc”. Wtedy po raz pierwszy otrzymał niewiele środków budżetowych, festiwal się utrzymał… W tamtych czasach władza nie chciała dawać możliwości rozwijania się prywatnym inicjatywom kulturalnym, które działały niezależnie. A powinna zrozumieć, że takie instytucje pełnią funkcje, które są poza zasięgiem państwowych muzeów czy teatrów”.
Ściany, które słyszały wszystko: żywa pamięć społeczności
Gdyby ściany galerii i kawiarni mogły mówić, opowiedziałyby tysiące historii. Dla poetki Olenki Pawłowej „Dzyga” zawsze była magnesem, szczególnie podczas Targów Wydawców: „Mam wymarzony reportaż, którego nigdy nie napisałam: zrobić materiał o Targach Wydawców, nie wychodząc z „Dzygi”, bo tu zbierali się wszyscy. To były te Targi w najlepszych czasach, kiedy przychodziłeś tutaj i piłeś piwo z Lyhym, Neborakiem, Midianką. Serhij Żadan opowiadał, jak z okna na drugim piętrze, tuż nad wejściem, oni z Miskem Barbarą czytali wiersze. Gdzieś na YouTube mam filmik spod „Dzygi”, gdzie siedzimy przy stole Marka. Targi, wieczór, Taras Prochasko i Andrij Lubka śpiewają „Czorty my lisovi”, jak w Paryżu biegają szczury – i to jest po prostu piękne: wszystko jest poetyckie, szalone, cudowne! A tu jakieś babcie wzywają policję. Uderzyło mnie to: tutaj dzieje się historia ukraińskiej kultury, zebrali się najlepsi ukraińscy artyści, śpiewają piosenki, a wy wzywacie policję?”.
Jarina Melnyk, która pracowała jako administratorka od 2014 roku, zastała zarówno starą galerię, jak i przebudowaną przestrzeń: „Kiedy zrobiono remont i na drugim piętrze pojawiły się sale, przez pierwszy rok nie mogłam tego zaakceptować – wydawało się, że kameralna „Dzyga” się skończyła. Ale ten parapet na drugim piętrze stał się dla mnie miejscem spokoju. Spotykaliśmy tam niezliczone wschody słońca po festiwalach, słuchając ciszy nad Ormiańską... Kiedyś krążył żart, że „Dzyga” potrafi zorganizować dowolny festiwal w ciągu doby ze wszystkim: reklamą, gośćmi, kuchnią polową. I ten duch zespołowy zadziwiał. Nikt nie narzekał, nie pytał „dlaczego” lub „po co”. Jest projekt – robimy”.
Witalij Grabarc, pracując jako fotoreporter, przekształcił ściany galerii w analog nieistniejących jeszcze sieci społecznościowych: „Pamiętam czasy kontroli podatkowych. Pracowałem wtedy jako fotoedytor w „Lwowskiej Gazecie” i proszono nas o znalezienie w archiwum zdjęć z koncertów, aby sprawdzić obecność banerów sponsorów. Boże, co to były za czasy! A potem miałem w „Dzygi” wystawę stałą: zdjęcia z koncertów w „Lalce” i wokół niej. To bardzo wygodne: gdy na ścianach pojawiało się wolne miejsce lub trzeba było zakryć jakieś dziury lub plamy, zdjęcia doskonale sobie z tym radziły... Nie było wtedy jeszcze sieci społecznościowych, więc zbieranie takich żywych opinii było znacznie ciekawsze. A właśnie koło „Dzygi” w 2003 roku poznałem moją przyszłą żonę”.
Jarina Jakubiak z „Mertwego Pownia” podkreśla nienaruszalność sakralnego statusu tej lokalizacji: „Kiedy „Dzyga” przyjechała na Ormiańską, stała się swoistym miejscem mocy. Zawsze można było tu przyjść, spotkać tych samych ludzi, z którymi można było się poradzić, porozmawiać, popłakać się... Tutaj po koniakach z kawą rodziły się szalone pomysły, które przy pierwszym koniaku wydawały się absolutnie utopijne, a przy ostatnim podpisywaliśmy już kontrakty... Istnieją miejsca na świecie, które nie podlegają żadnym zmianom. To miejsce jest święte dla wielu ludzi i to nie przesada. Między innymi dla młodzieży, która przychodzi teraz na nasze koncerty – ona też to rozumie, czuje”.
Archiwum i pamięć: zachować, aby ruszyć dalej
Kierowniczka Instytutu Strategii Kultury Julja Chmczyn opowiada, że pomysł archiwizacji zrodził się podczas składania wniosku Lwowa o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (ESK):
Zachowanie trzydziestoletniego dziedzictwa legendarnej „Dzygi” okazało się zadaniem na tyle ogromnym, że zostało ono organicznie podzielone na dwa wzajemnie uzupełniające się etapy. Fundament położył projekt „30 lat „Dzygi” we Lwowie: Archiwizacja fenomenu kulturowego” (Stowarzyszenie „Ormiańska 35” z Instytutem Strategii Kultury i centrum artystycznym „Dzyga” przy wsparciu Goethe-Institut Ukraine), który skupił się na pierwotnej systematyzacji artefaktów.

Jego logiczną kontynuacją, mającą na celu przekształcenie tych prac w publiczny format cyfrowy i uzupełnienie ich metodologią historii mówionej, stał się projekt „Dzyga: żywe archiwum”, który wciela w życie Rada Artystyczna „Dialog” we współpracy z Fundacją „Ormiańska 35”, „Post Bellum-Ukraina” i „DzygaArt” przy wsparciu Ukraińskiego Funduszu Kultury i Rady Miejskiej Lwowa. Dwie inicjatywy działają jak jeden mechanizm: pierwsza zgromadziła bazę materialną, a druga – digitalizuje ją i „ożywia” głosami twórców.
Yulia mówi, że „Dzyga” to wielka część jej życia i tego, kim jest teraz: „Trafiłam tam jeszcze jako studentka, zaczynałam jako wolontariuszka na Forum Wydawców. Po studiach Marek zaproponował mi pracę – i tak pracowałam w „Dzyga” przez około 15 lat. Zajmowałam się zarządzaniem projektami artystycznymi, fundraisingiem, rozwojem partnerstw i komunikacją. Przez 15 lat organizowałam międzynarodowy festiwal Jazz Bez, „Flugery Lwowa” i wiele innych projektów”.
Rozmówczyni twierdzi, że bardzo trudno zrezygnować z tego, co ją ukształtowało: „Głęboko wierzę w wartości, które przyświecają tym projektom. Nie wiem, jak można zatrzymać Jazz Bez, który istnieje już 25 lat. Przypominam sobie rok 2014, kiedy Marek powiedział: „Zawitamy z Jazz Bez do Słowiańska, Drużkiwki i Kramatorska. Ponieważ trzeba. Ponieważ jazz spaja kraj i tworzy przestrzeń do dialogu i porozumienia między nami wszystkimi”. „Dzyga” stworzyła fundament dla powstania tak potężnych organizacji jak Fundacja „Ormiańska 35”, Instytut Sztuki Współczesnej i Rada Artystyczna „Dialog”, które kontynuują tę misję. Dlatego ja robię to dalej”.
Do archiwizacji Yulia przyniosła swój identyfikator z Sewastopola. Kiedyś na zaproszenie lokalnych aktywistów wraz z Vladem Troitskim, Sviatoslavem Pomerantsevym, Yurko Vovkogonem i innymi działaczami kultury jeździli tam, aby opracować koncepcję rewitalizacji twierdzy Pietropawłowskiej i planowali tam festiwal.
Uruchomienie platformy cyfrowej w ramach projektu „Dzyga: żywe archiwum” zaplanowano na wrzesień 2026 roku. Do tego czasu zespół projektu zaprasza wszystkich, którzy przechowują fotografie, plakaty, afisze, programy, nagrania wideo, audio lub inne materiały związane z „Dzyga”, do współtworzenia żywego archiwum. Historia tego miejsca to bowiem historia nie tylko jednej instytucji, ale tysięcy ludzi, którzy tworzyli kulturę niepodległej Ukrainy, a ta pamięć zasługuje na zachowanie dla przyszłych pokoleń. Osoba kontaktowa ds. komunikacji projektu: Olesya Levytska, [email protected].
Pełne lub częściowe przedruki tekstu bez pisemnej zgody redakcji są zabronione i uważane za naruszenie praw autorskich.





