Rozmawiamy o tym w drugiej części rozmowy dla Klubu Ekspertów i Ekspertek z dyrektorką Ukraińskiego Centrum Oceniania Jakości Kształcenia Tetianą Vakulenko. Pierwszą część o nowym EgzaminieÓsmoklasisty, wykorzystaniu sztucznej inteligencji, mitach wokół rankingów szkół i wynikach Egzaminu Wstępnego czytajcie pod linkiem.
Porażka w czytaniu i światowe trendy
Badania PISA pokazują, że czytelnicza umiejętność uczniów na świecie znacznie spadła, a na Ukrainie sytuacja z tym również jest niepokojąca.
Z czytaniem jest naprawdę duży problem. Jeśli mówić o stratach w edukacji, to jest to obecnie najbardziej bolesny problem. Czytanie jest silnie związane ze spójnością poznawczą, zdolnością do przetwarzania informacji i ciągłego skupiania się na tekstach. W PISA nasze umiejętności czytania ze zrozumieniem spadły najbardziej, tu nawet przewyższyliśmy międzynarodowy trend: jeśli w 2018 roku około 25% dzieci nie osiągało poziomu podstawowego, to w 2022 roku – ponad 40%. To dramatyczny spadek. Ale trzeba pamiętać, że przeprowadzaliśmy badanie w październiku 2022 roku, podczas wielkich celowych ostrzałów miast i pierwszych wyłączeń prądu. PISA odbywała się w warunkach, w których czytanie jest bardzo problematyczne.
Jednocześnie spadek umiejętności czytania to także światowy trend. Szybkie otrzymywanie informacji, krótkie formaty tekstów, wideo i przewijanie utrudniają skupienie. Do tego dochodzi rozpowszechnienie sztucznej inteligencji: wiele osób rezygnuje z pełnego czytania artykułów i przesyła je do SI, aby szybko wydobyć esencję. Z tym trzeba walczyć: więcej czytać i dyskutować o tekstach. Mamy też dużą lukę w czytaniu między chłopcami a dziewczynkami – pierwsi czytają znacznie gorzej. Często wynika to z faktu, że teksty szkolne nie odpowiadają ich zainteresowaniom. Zmuszani są do czytania o przyjaźni i pieskach, a potrzebują o technologiach, robotach i sporcie.
Jak zachęcić dziecko do czytania
To prawda, mój syn wybiera książki o Minecrafcie.
I świetnie, że wspierasz to dążenie! Aby zachęcić dziecko, trzeba przede wszystkim szukać tego, co go interesuje. „Harry Potter”, na przykład, obalił wiele mitów na temat współczesnych nastolatków, którzy rzekomo nie są w stanie pomieścić w głowie dużych ilości informacji. Pod względem objętości jest to jak „Diuna”, ma duże zawiłości, mnóstwo postaci i linii rozwoju, ale dzieciaki doskonale to wszystko zapamiętują.
Czyli można to osiągnąć, jeśli da się dziecku to, czego chce. Trzeba odejść od modelu „dajmy mu tę samą książkę, którą my czytaliśmy kiedyś”. Jeśli zmusimy dziecko do czytania umownego „Konie wyją, gdy żłoby są pełne” i będziemy oczekiwać, że odniesie takie samo zadowolenie jak my kiedyś bez telefonów, po prostu złamiemy jego zainteresowanie czytaniem. Przecież my też teraz nie czytamy tej książki dla rozrywki. I jeśli dziecko czyta mangę (japońskie komiksy, – red.), to niech czyta, nawet jeśli na stronie są trzy słowa, ale jest warstwa wizualna, którą też trzeba zrozumieć i powiązać z tekstem. Z czasem przejdzie na coś więcej. Ale jeśli zmusimy je do czytania tego, co jest poza jego zainteresowaniami, po prostu nie będzie chciało tego robić.
Pamiętasz, że mieliśmy w szkole czytanie na szybkość. Czy to jest uzasadnione, czy jednak lepsze jest czytanie ze zrozumieniem?
W badaniach dla szkół podstawowych jasno stwierdzono, że szybkość wpływa na jakość. Dziecko, które czyta bardzo wolno, traci sens przeczytanego i nie jest w stanie wciągnąć się w tekst. Ale nie chodzi o zawody w szybkości ani mierzenie liczby słów, ponieważ procesy poznawcze działają inaczej. Dziecko musi wypracować pewną prędkość po prostu po to, by czerpać przyjemność z procesu. W komputerowym PISA-2025, którego wyniki zostaną opublikowane we wrześniu, jest wiele ciekawych formatów zadań. W szczególności taki, w którym podane jest krótkie zdanie, które może być absurdalne lub adekwatne (na przykład „ptaszki zbudowały elektrownię” lub „Marysia czyta książkę”). Dziecko musi szybko odpowiedzieć, czy ma to sens. Wyniki są jeszcze zamknięte, ale badacze już widzą: jeśli dziecko szybko nie pojmuje idei tak małego zdania, to duże teksty będą dla niego później również nieosiągalne, ponieważ nie będzie w stanie się na nich skupić i skoncentrować.
Czy istnieją badania dotyczące tego, w jakim stopniu to, czy rodzice czytają i dają przykład, jest powiązane z tym, czy czytają dzieci?
Własny przykład to najlepsza rzecz, która angażuje dziecko. Obecność książek i czytanie rodziców w domu to jeden z najlepszych predyktorów sukcesów dziecka we wszystkich dyscyplinach, nie tylko w czytaniu. Kiedy rodzice pracują nad sobą i współpracują z dzieckiem, staje się to potężnym wsparciem dla jego życiowego sukcesu.
Istnieje bardzo ciekawe badanie PIAAC, w którym 30-latkowie na całym świecie przechodzą ocenę z matematyki i czytania oraz wypełniają ankietę dotyczącą ich życia. Na tej podstawie formułowane są wnioski, jak podstawowe wykształcenie i miłość do słowa i liczby wpływają na sukcesy. Ludzie z wyższymi wskaźnikami kompetencji czytelniczych i matematycznych mają lepsze zdrowie, adekwatniej postrzegają procesy polityczne i są uważani za przyjemniejszych w kontaktach. Czytanie w domu, czerpanie z tego przyjemności, rozmowa z dzieckiem o tym, co zostało przeczytane, i pokazywanie, że to jest interesujące – to wielka inwestycja w jego życie.
Telefony w szkole: zakazać nie można, można się dogadać
Czy moglibyśmy zakazać dzieciom telefonów w szkołach i czy wpłynęłoby to na oceny i ich ocenianie?
Czystych badań o wpływie telefonów jest niewiele. Częściowo są one prowadzone tendencyjnie: albo aby pokazać, że to zło, albo wręcz przeciwnie – aby zademonstrować, jak to jest wspaniale. Badacze często od początku włączają do modeli te odpowiedzi, które chcą uzyskać. Ważne jest rozróżnienie, do czego dokładnie używany jest telefon. Do przewijania zdecydowanie należy go zakazać. Nasz monitoring czwartoklasistów pokazuje: dzieci z „lękiem przed brakiem telefonu” (które czują się niekomfortowo bez telefonu i ciągle chcą coś przeglądać) mają znacznie niższe wyniki ze wszystkich przedmiotów. Jednocześnie telefony w szkole można wykorzystywać z pożytkiem. Istnieją gry edukacyjne typu Kahoot. Zamiast stresujących odpytywań frontalnych przy tablicy, nauczyciel wyświetla pytania na ekranie, a dzieci w sekundę i bez stresu wybierają odpowiedź. Dlatego z telefonami ważny jest balans. Nie będziemy w stanie całkowicie zakazać technologii, ale jeśli będziemy ich używać tylko do wyszukiwania gotowych odpowiedzi na prymitywne pytania, staniemy się tylko głupsi.
Chodzi mi o coś innego. Kiedy opóźniał się druk podręczników, używaliśmy wersji elektronicznych w telefonach. A tam równocześnie 20 czatów, 150 niezamkniętych okien, ciągły chaos i rozproszenie. Niektóre kraje już zakazują telefonów do pewnego wieku.
Nam raczej nie uda się tego zrobić z powodu wojny i kwestii bezpieczeństwa. Obecnie telefony to kwestia kontroli lub przynajmniej iluzji kontroli: rodzicom wydaje się, że jeśli dziecko jest w kontakcie, to wszystko jest dobrze. Do tego całkowity zakaz natychmiast prowokuje pojawienie się opozycji. Nie będziemy w stanie zakazać telefonów, ale niezwykle ważne jest omówienie zasad higieny ich użytkowania w szkole. Całkowicie normalne jest osiągnięcie porozumienia z rodzicami, że telefony leżą na ławkach, a dziecko nie przegląda TikToka spod ławki, bo to banalne lekceważenie. Ale kiedy sami rodzice nalegają, że takie przewijanie na lekcjach jest normalne, to już jest problem z komunikacją. Musimy iść naprzeciw sobie: system nie może być całkowicie otwarty, jeśli wymaga się od niego działania tylko tak, jak jest wam wygodnie. To historia wspólnej odpowiedzialności.
Szef wydziału edukacji Lwowa Andrij Zakaluk proponował na czas lekcji wkładać telefony do skrzynek, rodzice się na to nie zgodzili.
Temat ten wymaga dalszego omówienia. Na poziomie makro dla całego miasta jest to trudne do zrealizowania, ponieważ istnieje zbyt wiele różnych sytuacji i rodziców. Ale można się na to umówić indywidualnie w szkole, wyjaśniając zalety: bez telefonu będziemy mogli skoncentrować się na zadaniu, nie będziemy go fotografować w ChatGPT i nie otrzymamy gotowej odpowiedzi, która zablokuje późniejszy proces myślowy. Przyzwyczaiwszy się do szybkich odpowiedzi, trudno z nich zrezygnować. Wtedy staje się trudne czytanie i myślenie. Ciągłe myślenie to wyzwanie. Ale umysł trenuje się, podobnie jak ciało. Niemożliwe jest przebiegnięcie maratonu, jeśli do tej pory leżałeś dwa tygodnie na kanapie i oglądałeś seriale. Podobnie jest z myśleniem: jeśli go stale nie ćwiczyć, człowiek nie będzie w stanie racjonalnie myśleć, a życie wymaga tego od nas cały czas.
Kultura "robienia rzeczy w ostatniej chwili" i profile w szkole średniej
Powstaje wrażenie, że kształtuje się u nas kultura "nadrobienia w ostatniej chwili". Jakby można było nie starać się zbytnio przez wszystkie 11 lat, a na dwa lata przed rozpoczęciem nauki znaleźć dobrych korepetytorów, intensywnie się przygotować i zdać NMT. Na ile jest to faktycznie stało się cechą naszej kultury edukacyjnej?
Taka kultura faktycznie istnieje i częściowo jest związana z imitacją. Udajemy, że wszystko jest w porządku, dochodzimy do egzaminu i okazuje się, że dziecko, które bardzo chce być lekarzem, nie zna ani fizyki, ani chemii, ani biologii. Zawód lekarza jest dla niego abstrakcją, a nie ogromną pracą intelektualną i złożonym wykształceniem medycznym. Bycie lekarzem to podejmowanie decyzji co minutę, od których zależy życie i komfort pacjentów. Wydaje się, że akceptujemy taką sytuację, ponieważ ogólnie skupiamy się tylko na kluczowych momentach (rozpoczęcie nauki, ukończenie, wejście do zawodu), a nie na codziennej pracy. I to trzeba wspólnie przepracować.
Będziemy mieli szkołę profilowaną, w klasach 10-12 uczniowie będą mieli osiem przedmiotów. Czy te trzy lata nie zamienią się ponownie w przygotowanie do NMT? I czy w 12. klasie trzeba będzie zdawać egzaminy końcowe i wstępne?
Zgodnie z założeniem, mowa jest o obowiązkowym bloku przedmiotów (język, matematyka, historia, języki obce), które potwierdzą uzyskanie podstawowego wykształcenia średniego. Testy na poziomie rozszerzonym będą związane z profilem kształcenia dziecka. Wtedy nie będzie "nauki do testu", ponieważ dzieci będą uczyły się profilowo tych przedmiotów dłużej, głębiej i będą miały różne kursy do wyboru. W rezultacie test stanie się po prostu finałem głęboko przepracowanego nauczania. Obecnie młodzież z liceów fizyczno-matematycznych lub lingwistycznych bardzo łatwo przechodzi nasze testy, ponieważ znacznie wykraczają poza program szkolny. Dlatego ideą szkoły średniej profilowanej jest odejście od nauki dla testu, skupienie się na samym nauczaniu. Obecnie model zmierza w kierunku posiadania egzaminów końcowych jako głównych, a rekrutacji na ich podstawie, tak jak to działa w wielu krajach europejskich (Matura w Polsce czy Abitur w Niemczech). W rzeczywistości jest to egzamin dojrzałości i podsumowanie nauki szkolnej, który jednocześnie służy do rekrutacji.
Czyli będą to egzaminy końcowe z ośmiu przedmiotów plus kilka z kierunku studiów?
Egzaminy końcowe będą jednocześnie egzaminami wstępnymi. Zakłada się, że trzy-cztery przedmioty będą zdawane na poziomie podstawowym, trzy - na poziomie rozszerzonym, i właśnie one będą brane pod uwagę przy rekrutacji na specjalności, które dziecko wybierze.
Czy przewidujecie ponownie protesty? Bo liczba egzaminów, wydawałoby się, miała się zmniejszyć, a faktycznie ich nie ubywa.
Cokolwiek zrobimy, nawet gdyby system pozostał bardzo stabilny, te problemy będą... Obserwuję wiadomości z innych krajów, tam jest ta sama historia. Oto w Wielkiej Brytanii zakończyły się egzaminy końcowe... i petycje podpisują 15 000 osób: nie takie zadania, nie takiej trudności. To jest normalna historia, bo dotykamy dużych grup ludności, a każdego roku są one inne. To klasyczna praca biznesu: wiemy, jakie są ryzyka produktu, komunikujemy o nich i stale je przepracowujemy. Ale każdego roku mamy nową grupę ludzi i wszystko, co tłumaczyliśmy w zeszłym roku, jest już nieaktualne, bo oni wtedy tym się nie interesowali. To jest bezpośrednio część zawodu.
Wybór zawodu: prawnicy, serwisanci czy blogerzy?
Ależ w Wielkiej Brytanii w szkole średniej jest znacznie mniej przedmiotów. Czy to jest uzasadnione?
W systemie A-level jest ich w ogóle 3-4. Mi też jest bliska idea takiej głębokiej specjalizacji. Ale boimy się, że wybór dziecka w dziewiątej klasie nie jest jeszcze zbyt uzasadniony. Jeśli zawęzimy jego naukę tylko do 3-4 przedmiotów, a potem ono zmieni zdanie, nie będzie mogło zmienić kierunku. Natomiast standardowa baza pozwoli mu się przekwalifikować. W naszym szybko zmieniającym się świecie to dobrze. Nie możemy wiedzieć, co będzie potrzebne dziecku za 10 lat. Połowa zawodów przyszłości, w tym związanych ze sztuczną inteligencją, jeszcze nawet nie istnieje, a wiele obecnych zniknie z powodu automatyzacji (na przykład, nie wiemy, czy tłumacze pozostaną w takim zakresie).
Za to pewne specjalności robotnicze na pewno będą żyć: absolwenci szkolnictwa zawodowego, techników będą poszukiwani. Zanim osiągniemy poziom, gdzie dźwigi będą naprawiane przez systemy zrobotyzowane, minie jeszcze dużo czasu. To, że pojawiły się u nas roboty-odkurzacze, nie oznacza jeszcze, że wkrótce będzie automatyczny serwisant. Kiedy wybieramy marketing lub prawo, trzeba zrozumieć: prawo to dziedzina bardzo lokalna, z którą trudno przenieść się do innego kraju z powodu różnych przepisów. Ale już serwisantów, strażaków, producentów odczynników chemicznych, pielęgniarki potrzebują wszędzie. To są fajne zawody, na nie też trzeba zwrócić uwagę. Plus pytanie, czy mogę świadomie dokonać wyboru w dziewiątej klasie, czy podoba mi się zawód blogera.
To dotyczy nie tylko dzieci, ale i rodziców, którzy nie zawsze są gotowi zaakceptować fakt, że ich dziecko nie pójdzie na uczelnię i chce szybko zdobyć zawód i wejść na rynek pracy.
To kwestia w mniejszym stopniu dotyczy edukacji, a w większym - zaufania do rynku pracy i wyboru dziecka. Jeśli oboje rodzice mają wykształcenie wyższe, im może być trudno zaakceptować, że dziecko chce być nie księgowym, a kucharzem. Często dotyczy to naszych własnych ambicji i przenoszenia na dzieci kompleksów z powodu tego, czego sami nie otrzymaliśmy w pełni.
Na festiwalu edukacyjnym „Nauczyciele przyszłości” słuchałam panelu o matematyce i o tym, dlaczego dzieci jej nie znają. Z jednej strony można być liberalnymi rodzicami, mówić: „Jak się nie udaje, to się nie udaje”, ale z drugiej, jeśli postawi się sobie cel, to można go osiągnąć. To bardzo ważny wybór. Dlatego zastanawiam się, jak będą pracować doradcy zawodowi. Może w ogóle sztuczna inteligencja będzie pomagać uczniom w wyborze?
Często mylimy pojęcia liberalności i braku autorytatywnego dorosłego w życiu człowieka. To bardzo różne rzeczy. Dziecko może chcieć 24/7 scrollować TikToka lub siedzieć w niewietrzonej przez nikogo pokoju – i tu potrzebna jest odpowiedzialność dorosłych. A liberalność to umiejętność słuchania, kierowania i podawania dziecku tej książki, którą ono naprawdę chce, a nie tej, którą kiedyś kochaliście wy.
Jeśli chodzi o doradców zawodowych, to na razie trudno powiedzieć, jak dokładnie będzie to działać w praktyce. Obecnie istnieją dobre opracowania sektora publicznego (jak te Iryny Pleszakowej czy Go Global), ale szkoły muszą je przejąć, przemyśleć i adoptować (po angielsku brzmi to ownership), aby naprawdę zadziałały. Doradcą zawodowym musi być osoba bardzo elastyczna, gotowa dużo szukać i czytać. Ponieważ nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie „Kim mam być?”, nawet jeśli uczeń przeszedł test Arnheima i jeszcze dwa testy NMT oraz otrzymał informacje o sobie. To tylko część odpowiedzi. Trzeba dużo googlować i badać rynek, ponieważ nie znamy nawet jednej trzeciej obecnych zawodów. Dlatego trzeba być niezwykle dociekliwym i otwartym na nowe.
Oceny czy поступ: co jest ważniejsze
U nas mówi się: „W czasach radzieckich mieliśmy kompleks dobrych uczniów, ważne było pracowanie na ocenę. A teraz ocena jest nieważna”. Rozumiem rodziców, do których jest mnóstwo wymagań i którzy to wszystko słyszą, a informacji jest za dużo. I może nie trzeba wymagać od dziecka oceny, ale kiedy przychodzi czas rekrutacji, musi być ocena i wynik kwalifikacyjny.
Należy wymagać nie ocen, a postępu. Koncepcja psychologa Zankowa o pracy w „strefie najbliższego rozwoju” jest wciąż aktualna: powinniśmy chcieć więcej niż jest teraz, inaczej zdegradujemy. Ocena często bywa abstrakcją, jeśli nie zostanie szczegółowo wyjaśniona. Do tego potrzebne jest ocenianie kształtujące. Jeśli mówimy: „Takie zadania na pewno potrafisz rozwiązać, a taki tekst przeczytać” – to nie chodzi o ocenę. Możesz dostać trójkę, bo streściłeś tekst inaczej, niż oczekiwano, ale najważniejsze jest to, że potrzebną umiejętność zdobyłeś.
Porozmawiajmy o ocenianiu w szkołach. Uczniom wystawia się trzy oceny i rodzicom nie zawsze jest jasne, jak to się dzieje. W komentarzach pod kilkoma naszymi wywiadami edukacyjnymi pisali: „Dajcie nam zrozumiałe oceny”. A te trzy grupy i nauczycielowi utrudniają zadanie, bo trzeba wyliczyć trzy oceny, potem jedną.
Trudno to komentować, bo nie zajmuję się profesjonalnie bieżącym ocenianiem. W szkole wykładałam tylko dwa lata, więcej – w uczelniach wyższych, gdzie wszystko było znacznie prostsze: jest jasny system punktów, które zdobywasz, a potem dostajesz zaliczenie lub egzamin. Konkretne kryteria są tam określone dyrektywnie i nie ma elastyczności co do tego, co i jak robiliśmy. Moim zadaniem na uniwersytecie było zawsze mieć możliwość jasnego wytłumaczenia każdej oceny. I takich pytań nie było, bo kryteria ogłaszano na początku, a w trakcie na każdym etapie mówiliśmy o ich osiągnięciu, wszystkim było jasne. Zdarzali się studenci, którzy nic nie robili, ale kiedy na 5 minut przed spotkaniem zaczynaliśmy gdzieś się wpychać, to nijak nie mogli trafić tam, gdzie chcieli.
Idea oceniania kształtującego w szkole dla mnie to coś, o czym czytam, ale czego nie przyswoiłam, bo nigdy nie pracowałam z tym w praktyce. Rozumiem jednak, że ogólnie jest ona bardzo słuszna i głęboka, ponieważ chodzi o jakościową informację zwrotną. Jeśli jest ona niezrozumiała dla bezpośrednich interesariuszy – dzieci i rodziców – to znaczy, że coś działa nie tak i trzeba pomyśleć, co dokładnie. W matematyce jest z tym całkiem prosto, bo są cztery grupy wyników, które są dobrze opisane, chociaż zdarzają się zadania na granicy tych grup, gdzie nie wszystko jest oczywiste.
Bardzo podoba mi się idea, gdy człowiek otrzymuje jasną informację o tym, co potrafi, a czego nie potrafi. Za pomocą sztucznej inteligencji chcemy opracować taki model w DPA dla klas 4 i 9, aby wyniki były opisane jak najprościej i rodzicom nie potrzebne było wykształcenie pedagogiczne do ich zrozumienia. A jeśli chodzi o bieżące ocenianie, to mam nadzieję, że ten system w trakcie implementacji sam się „ogarnie”. Musimy dojść do formuły zrozumiałej dla obu stron: nauczyciele będą wiedzieć, po co to robią, a uczniowie i rodzice będą z tego otrzymywać potrzebne i użyteczne informacje.
Głód kadrowy i jak pomóc słabszym nauczycielom
Progi punktowe dla wstępu na różne zawody są często niskie. Trzeba to brać pod uwagę, gdy mówimy, że chcemy lepszych nauczycieli, lekarzy czy dziennikarzy. Czy to się zmieni?
Obawiam się, że rynek sam się kontroluje. Na panelu dyskusyjnym mówiliśmy o tym, że na uniwersytety pedagogiczne trafiają studenci, którzy ledwo przekroczyli próg „zdał/nie zdał” z matematyki, zdobywają wykształcenie i zostają nauczycielami matematyki. Ale to nie tylko kwestia progów punktowych w uniwersytecie, czy tego, jak zdobywamy wykształcenie wyższe. To przede wszystkim kwestia atrakcyjności zawodu i tego, kto chce do niego wejść.
Jeśli chcemy, żeby to były utalentowane osoby, to musimy stworzyć takie warunki pracy, aby te talenty wstępowały na uniwersytety i tworzyły tam konkurencję. Jeśli po prostu ograniczymy wstęp wysokim progiem, to nic z tego nie wyniknie – najprawdopodobniej nie będzie w ogóle żadnych naborów. Rozumiem, że czasami lepiej nie mieć nic, niż nie mieć jakości. Ale kiedy w szkole nie masz żadnego nauczyciela danego przedmiotu, a nauczyciel WF-u jest zmuszony uczyć fizyki i matematyki – to też nie jest najlepszy wybór. Słaba osoba, która chociaż słuchała tych przedmiotów na uniwersytecie, będzie ich uczyć trochę lepiej niż osoba, która nigdy tego nie robiła.
Takie są realia, póki nie ma odpowiednich warunków pracy. Lwów dużo robi, by mieć dobre warunki: są specjalne programy, dopłaty, dodatki, ligi edukacyjne, czyli połączenie nauczycielstwa i kierownictwa placówek edukacyjnych. Tutaj są świetni pedagodzy i możliwości nauki. Moim zdaniem wiele regionów trochę zazdrości Lwówowi, przyglądając się tym dobrym praktykom. Kiedy ten zawód stanie się choćby średnio atrakcyjny, będziemy mieli ludzi, którzy będą tworzyć konkurencję. Jeśli mamy pięć miejsc na specjalność, a chcą na nią wstąpić 25 osób, to znaczy, że będą mieli bardzo wysokie wyniki. A jeśli mamy pięć miejsc, a wchodzi jeden...
Całkowicie popieram ideę, że nauczyciel nie może być słaby, musi znać swój przedmiot. Nie można kompensować braku znajomości przedmiotu charyzmą czy pracą wychowawczą, jeśli brakuje ci podstawowych wyobrażeń o związkach przyczynowo-skutkowych w twoim przedmiocie i o tym, jak go wykładać. Ale trzeba być realistą. Nie wierzę w to, że nastąpią istotne zmiany w tym czy przyszłym roku. Dlatego ważne jest opracowywanie narzędzi dla nauczycieli, którzy trochę czegoś nie dogłębili, aby dać im rękę pomocy. Jeśli osoba pracuje już 10-15 lat w zawodzie i dostaje nową klasę lub nowy kurs, to wyciągnijcie do niej pomocną dłoń, dajcie materiały, żeby jej było łatwiej.
Nauczycielstwo to masowy, duży zawód. W tych dziedzinach, gdzie jest bardzo mało ludzi, można zapewnić absolutną jakość każdego. Ale kiedy masz ponad 200 000 nauczycieli, to wśród nich będą i nie bardzo silni pedagodzy. Nie mamy wyboru, dlatego musimy pracować z tymi, którzy są: proponować podnoszenie kwalifikacji, materiały metodyczne. Więc wykorzystajmy to, aby nauczycielowi chciało się rozwijać. Aby osobie, która być może czegoś się nie nauczyła, wystarczyła jej wewnętrzna ciekawość i odpowiedzialność przed dziećmi i rodzicami, aby douczyć się tego w procesie pracy.
Rozmowa została nagrana podczas festiwalu edukacyjnego „Nauczyciele przyszłości”.
Rozmawiała Switłana Żabjuk
Pełne lub częściowe przedruki tekstu bez pisemnej zgody redakcji są zabronione i uważane za naruszenie praw autorskich.






